Asset Publisher
85. rocznica deportacji leśników z Kresów wschodnich na Sybir
10 lutego b. r. - minęło 85 lat od przeprowadzenia przez okupacyjne władze ZSRR zakrojonej na wielką skalę pierwszej deportacji Polaków, zamieszkałych na dawnych terenach wschodnich Polski. Przygotowana przez NKWD i inne służby sowieckiej „bezpieki” operacja w szczególności dotknęła pracowników administracji leśnej.
Po kampanii wrześniowej 1939 roku i zajęciu polskich Kresów, Sowieci w wyniku spreparowanych wyborów umożliwili objęcie władzy cywilnej miejscowym aktywistom komunistycznym, których większość miała dawne porachunki z Polakami. Z pomocą lokalnej władzy szczebla podstawowego, NKWD sporządzała listy Polaków i ich rodzin, których podejrzewano, że są „wrogami ludu pracującego” i „źle nastawionymi” do Związku Sowieckiego, przeznaczonych do pilnego usunięcia z okupowanych terenów. Spisywanie zakończono do 5.01.1940 r. Na listach figurowali wszyscy Polacy, których status życiowy był ponadprzeciętny. Oprócz właścicieli ziemskich, osadników-piłsudczyków, kombatantów wojny 1920 r., wojskowych, policjantów, funkcjonariuszy innych służb mundurowych, prawników, nauczycieli, urzędników państwowych, znaleźli się na nich prawie wszyscy leśnicy i to od szczebla gajowego poczynając. Polscy leśnicy, przeszkoleni w ramach Przysposobienia Wojskowego Leśników, obeznani w terenie i rozproszeni po większości miejscowościach, w nowej rzeczywistości, zdawali się być elementem podejrzanym, jako potencjalni sabotażyści, szpiedzy i agenci polskiego wywiadu. Represje i aresztowania kresowych leśników zapoczątkowano już od jesieni 1939 roku, a kończyły się przeważnie więzieniami, a nawet wyrokami śmierci.
Globalna gehenna rodzin leśników na Kresach, którzy razem z osadnikami według przygotowanych list „poszli na pierwszy ogień” rozpoczęła się niespodziewanie w noc z 9 na 10 lutego 1940 roku w wyznaczonym przez Moskwę terminie pierwszej deportacji. Dotknęła 75% leśników sowieckiej strefy okupacyjnej. W kolejnych wywózkach wyjechała prawie cała reszta. Gdy w 1941 roku na Kresy wkraczali Niemcy, leśników narodowości polskiej już tam nie było.
Przebieg akcji wywózki był wszędzie podobny. Jeszcze przy nocnych ciemnościach lub nad ranem pod dom leśnika przybywało zaprzęgiem konnym z podwodą kilku „NKWD-zistów” z przedstawicielem miejscowej władzy, którego zadaniem była identyfikacja członków rodziny. Łomot do drzwi, brutalne wkroczenie, odczytanie nakazu o aresztowaniu, rewizji i koniecznej „przeprowadzce”, wulgarne wrzaski i rewizja w poszukiwaniu broni, kosztowności lub innych koniecznych dowodów, mogących posłużyć jako oskarżenie przeciwko domownikom. To wszystko paraliżowało wyrwaną ze snu, zaskoczoną i zastraszoną rodzinę. Konsekwencją odnalezienia czegoś podejrzanego, było aresztowanie z poleceniem szybkiego spakowania się i załadunku niezbędnego do podróży bagażu na podstawioną podwodę. Przy trzymanym pod bronią w kącie izby gospodarzu (leśniku) z podniesionymi rękami, szybkie spakowanie się do drogi było na głowie żony i dzieci. W pośpiechu rzucano wszystko na rozłożony koc lub płachtę. W końcu rozpacz, lament i wymarsz pod eskortą do najbliższej stacji kolejowej. Pozostawiony w opuszczonych domostwach majątek zesłańców, natychmiast rozszabrowali ukraińscy, czy białoruscy sąsiedzi. Rabunku dokonywano przy biernej postawie, a nawet zezwoleniu sowieckich służb porządkowych.
Dobitnym przykładem przeprowadzenia akcji deportacyjnej leśników w Bieszczadach był los załogi państwowego Nadleśnictwa Berehy z siedzibą w Berehach Dolnych w dawnym powiecie leskim, które po 1939 roku znalazło się za granicą po sowieckiej stronie. W wyniku przeprowadzonej obławy na biuro nadleśnictwa i sąsiadujące domy leśników, a także ściągnięcia pod konwojem rodzin leśniczych i gajowych z okolicznych leśniczówek i gajówek, wywózką objęto cały personel tego nadleśnictwa z nadleśniczym Józefem Strachem i jego żoną Janiną i synem Stanisławem włącznie. Oprócz rodziny Strachów wśród zapamiętanych pracowników biura nadleśnictwa, deportacją z rodzinami objęto między innymi urzędników leśnych Wacława Klementowskiego, Michała Sodomę, Czesława Wieję. Razem z nimi na Sybir z rodzinami pojechali pracownicy terenowi (leśniczowie i gajowi): leśniczy Walerian Laszkiewicz, leśniczy Aleksander Jedliczka, leśniczy Witold Kiendziński, gajowy Józef Jedrzejewski oraz niedaleko zamieszkali leśnicy sąsiednich nadleśnictw jak: leśniczy Józef Głogowski z Rudawki, leśniczy Franciszek Seredyński z Michowej, leśniczy Kazimierz Sychora z Liskowatego, gajowy Ludwik Kopałko spod Dobromila, gajowi Mikołaj Szymoniak i Piotr Opałka obaj ze Starzawy. O wielu innych zesłańcach zapomniano i brakuje informacji. Tak samo potraktowano leśników pracujących w lasach majątków właścicieli ziemskich i innej drobniejszej własności. Wśród leśników z tego regionu, których tragiczne losy udało się poznać, jako wywiezionych z rodzinami w lutym 1940 roku na Sybir lub do Kazachstanu byli między innymi: gajowy Karol Atalski z Polany, leśniczy Eliasz Borsuk z Wojtkowej, leśniczy Jan Karnaś z Wujskiego, leśniczy Jan Spyra z Olchowiec, leśniczy Mieczysław Cerkiewicz z Leszczyn, leśniczy Ignacy Krowiak z Wesołej, leśniczy Karol Łozowski z Bykowiec, leśniczy Tadeusz Michalski ze Seredniego Małego, leśniczy Stanisław Ząbek z Ropienki, leśniczy Michał Misiewicz ze Sańkowej, gajowy Izydor Nowak z Orelca, czy gajowy Antoni Wójtów z Myczkowiec.
Wszystkich przewożono saniami pod eskortą na stację kolejową, gdzie wcześniej podstawiano skład krytych wagonów towarowych. Największą stacją kolejową w regionie bieszczadzkim, wyznaczoną do wywózki zesłańców była Olszanica.
Nie wszystkim zesłańcom, stłoczonym w bydlęcych wagonach -„tiepłuszkach”, udało się dotrzeć na miejsce „spiecposielienija”, gdzieś w tajdze dalekiej Syberii, czy stepach Kazachstanu. Wielu zmarło w drodze, podczas kilkutygodniowej podróży w głodzie i chłodzie. Na ironię losu większość leśników „zgodnie z kwalifikacjami” zatrudniono w swoim zawodzie w Liespromie do katorżniczej pracy ponad siły przy wyrębie lasu. Wyśrubowane normy wydajności pracy i surowe warunki życia były powodem chorób i dużej śmiertelności. Niewielu leśnikom-zesłańcom udało się wyrwać z nieludzkiej ziemi. Pierwszym „szczęśliwcom” powiodło się po pogłosce o formowaniu się II Korpusu WP gen. W. Andersa. Walczyli później w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie. Ci którym udało się cudem przeżyć w łagrach do końca wojny, zwalniani pojedynczo z „nakazem milczenia”, wracali do kraju w przeciągu lat 1946-52. Większość z granicy kierowano na tzw. Ziemie Odzyskane. Jednak tysiące leśników i ich najbliższych, których nawet personalia nie są ustalone, zmarło. Bez godnego pochówku spoczęli w bezkresach Syberii. Ich kości skrywają mchy.
Brak wyczerpujących opracowań dotyczących strat poniesionych przez leśników zesłanych w głąb ZSRR. W oparciu o szczątkowe źródła sowieckie szacowano, że I deportacja ze wschodnich terenów Polski objęła ok. 140 tys. osób, przeważnie rodzin osadników i leśników. Późniejsze ustalenia pozwoliły przyjąć, że w I deportacji wywieziono 312,3 tys. osób, w tym prawie 45 tys. leśników i robotników leśnych oraz 67 tys. członków ich rodzin, co stanowiło 75 % zatrudnionych do wybuchu wojny. Czy kiedykolwiek poznamy personalia i losy innych leśników-zesłańców, pozostaje tajemnicą.
Tekst: Edward Orłowski
